W tym roku w końcu mogłem wybrać się ponownie na kilkudniową wycieczkę rowerową. Początkowo planowałem objechać część Polski wschodniej (od Suwałk do Terespola) ale po rozmowie z kumplem z pracy postanowiliśmy przejechać główny jurajski szlak od Krakowa do Częstochowy zahaczając o dolinki krakowskie. Na wycieczkę przeznaczone miałem 3-4 dni więc z realizacją planu nie było problemu i trasę udało się przejechać w 3 dni
Pobudka 4:00 rano, po szybkim pakowaniu i lekkim śniadanku podjechałem do stacji PKP Piaseczno
gdzie wsiadłem do pociągu zmierzającego do Warszawy Śródmieście.
Stamtąd tunelem do Warszawy
Centralnej gdzie ustaliliśmy punkt zbiorczy z Januszem. Z Warszawy expresem Malinowski (odjazd 6:15)
dojechaliśmy do Krakowa. Z Krakowa również jeszcze pociągiem dojechaliśmy za radą kolegi z listy pl.rec.rowery do
stacji Zabierzów skąd rozpoczęliśmy naszą wycieczkę rowerową.
Z Zabierzowa pojechaliśmy asfaltem w kierunku Kleszczowa.
Z początku było dość ciężko bo od razu rozpoczynał się podjazd i oczywiście w mordewind:-)
Podjazd skończył się przy stacji radarowej i jadąc lekko z górki dołączyliśmy do rowerowego szlaku jurajskiego,
który towarzyszył nam aż do Paczółtowic.
Jadąc cały czas asfaltem dojechaliśmy do tzw. "krakowskiej drogi", która
okazał się bardzo przyjemna i w dość krótkim czasie dotarliśmy do naszego pierwszego celu czyli zamku Tenczyn.
Po wdrapaniu się na wzgórze zamkowe okazało się, że wejście na zamek jest niemożliwe z uwagi na zamkniętą bramę.
Stąd sesję fotograficzną postanowiliśmy zrobić z pobliskiego wzgórza. Z zamku przez Spaliska i Tenczynek popedałowaliśmy do
Krzeszowic. Tam nastąpiła krótka przerwa w pobliskim barze gdzie zjedliśmy po kilka zapiekanek (naprawdę bardzo dobre).
Z Krzeszowic cały czas szlakiem rowerowym pojechaliśmy w kierunku Paczółtowic. Od skrzyżowania w lesie w którym szlak
zawraca o 180 stopni, droga całkiem ostro pnie się do góry aż do samego miasteczka.
Z Paczółtowic bardzo przyjemnym zjazdem dojechaliśmy do pieszego szlaku żółtego.
W tym miejscu trzeba uważać gdyż droga asfaltowa skręca pod kątem 90 stopni w lewo, a należy wjechać prosto w szutrówkę i
przez mostek na rzeczce Czubrówka przeprawić się na drugą stronę. Zaraz za mostkiem szlak idzie ostro w górę mijając z
lewej strony szczyt Komarówki. I tu po raz pierwszy (ale nie ostatni:-) zmuszeni byliśmy do pchania rowerów.
Później nastąpił szybki zjazd do Szklar, przy zjeździe warto uważać gdyż żółty szlak w pewnym momencie odbija nieco w lewo.
Za Szklarami (jadąc cały czas żółtym pieszym) po raz drugi musieliśmy zejść z rowerów i pchając je zdobyć kolejną górkę.
Tam na skraju lasu zrobiliśmy krótką przerwę na odsapnięcie.
Następnie czekał już na nas szybki zjazd w lesie do doliny Będkowskiej, gdzie pożegnaliśmy żółty szlak, a powitaliśmy
niebieski kierując się w stronę jaskini Nietoperzowej. Dolina Będkowska to naprawdę urocze miejsce, po długim weekendzie
majowym praktycznie puste, minęliśmy tylko kilku spacerowiczów.
Oczywiście w dolinie nie omieszkaliśmy spróbować wody ze
źródeł Będkówki, która okazała się najsmaczniejsza jaką piliśmy w trakcie całej wycieczki. Końcówka doliny to oczywiście
podjazd ale nie był on jakoś specjalnie masakryczny. Z dolinki uderzyliśmy przez Starą Wieś i Bębło do Murowni.
Stamtąd przez wąwóz Korytani dotarliśmy do doliny Prądnika i Ojcowa. I tu również podziękowania dla kolegi z pl.rec.rowery
(nick gps), który polecił nam tą trasą zjechać do Ojcowa.
W Ojcowie zanim rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu,
postanowiliśmy się pożywić w pobliskiej knajpce. Po jedzonku i kilku piwkach zacząłem obdzwaniać kwatery,
które wcześniej spisałem. Ku mojemu zdziwieniu praktycznie wszystkie były zajęte. Dopiero rzutem na taśmę
znaleźliśmy nocleg w młynie Mosura, który znajduje się praktycznie na samym końcu Ojcowa, przy skrzyżowaniu z drogą 773.
I tam spędziliśmy pierwszą noc płacąc po 30 PLN za osobę.
Podsumowując zrobiliśmy niecałe 62 km ze średnią około 13 km/h, i powiem szczerze, że dolinki potrafią wymęczyć człowieka, ale piękne widoki oraz drogi o bardzo dobrej nawierzchni rekompensowały zmęczenie.
Pobudka o godz. 7:30. Janusz pewnie by jeszcze pospał ale widok mnie krzątającego się dodał mu energii i również
szybko się pozbierał.
Po malutkim śniadanku ruszyliśmy w trasę. Początkowo drogą 773 mijając maczugę Herkulesa i
zamek w Pieskowej Skale dojechaliśmy do Sułoszowa Dział III gdzie zjechaliśmy w prawo z asfaltu i czerwonym szlakiem
pieszym pojechaliśmy w stronę Olkusza. Ten kawałek trasy jest bardzo przyjemny choć trochę zapiaszczony.
Wiedzie zboczem pobliskich pagórków, czasem łagodnie opadając, czasem łagodnie wznosząc. W pewnym momencie trasę
przecinają tory kolejowe. Chyba wcześniej był tu przejazd kolejowy ale pewnie po zmodernizowaniu torów zlikwidowano go.
Naszym pierwszym celem tego dnia był zamek Rabsztyn, który ukazał się naszym oczom gdy wyjechaliśmy z lasu. Ruiny są w
trakcie odnawiania ale wejście na teren zamku jest jak najbardziej możliwe i bezpłatne. Główna brama jest zamknięta ale
wejść na teren można na lewo od niej. Widok ze wzgórza zamkowego jest przepiękny i warto wspiąć się jak najwyżej.
Z zamku postanowiliśmy zmienić szlak na czerwony rowerowy i nim kontynuować dalszą jazdę. Szlak wiedzie początkowo
leśnymi drogami, następnie w Zalesiu Golczowickim wjechaliśmy na asfalt w kierunku kolejnego celu czyli ruin zamku Bydlin.
Zanim jednak dotarliśmy do zamku w Cieślinie skusiliśmy się na małe co nieco. Ruiny zamku w Bydlinie nie są zbyt imponujące,
ale warto pamiętać, że początkowo była to fortyfikacja, która została przebudowana na kościół katolicki.
Kościół był wielokrotnie niszczony i dewastowany oraz ponownie odbudowywany stąd jego układ obronny uległ zatarciu.
Warto również wspomnieć, że w 1914 roku ze wzgórza zamkowego ruszył atak legionistów Piłsudzkiego na stacjonujące w
Załężu wojska rosyjskie.
Z zamku skierowaliśmy się w stronę Zegarowych Skał i tam przy wejściu do jaskini, którego broni "jaskiniowiec"
zrobiliśmy mały popas przed czekającym nas podjazdem na Smoleń.
Tam po wdrapaniu się na wzgórze zamkowe ja zrobiłem
sobie mały odpoczynek, a Janusz hasał po zamku cykając fotki. Ze Smolenia pojechaliśmy w stronę Złożeńca.
Znak przed miejscowością nie dodał nam otuchy informując o stromym podjeździe.
No i faktycznie podjazd ten dla mnie
był chyba najbardziej męczący na całej trasie. Ze Złożeńca w dalszym ciągu czerwonym rowerowym skierowaliśmy się w stronę
Podzamcza, mijając po drodze Dupnicę.
W jej okolicach również jest znak ze stromym podjazdem ale jest to na szczęście
krótka ścianka, którą pokonaliśmy bez większych problemów. I tak dojechaliśmy do Podzamcza, miejsca, które okazało się
naszym drugim noclegiem. Oczywiście zgodnie z tradycja zanim poszukaliśmy noclegu postanowiliśmy się posilić w karczmie
jurajskiej i był to strzał w 10-tkę. Urocza kelnerka, na nasze pytania o kwaterę stwierdziła, że w karczmie są pokoje
gościnne za 100 pln od pokoju ze śniadankiem. Nie namyślając się dłużej postanowiliśmy tam zanocować.
I tu polecam gorąco to miejsce, bo pokoje są w porządku, a oprócz tego mają znakomitą kuchnię
(Kwaśnica po góralsku mniam mniam, Janusz tradycyjnie objadał się flakami:-).
Dodatkowo kelnerka dała nam wybór czy chcemy pokój z dwoma łóżkami, czy jednym łóżkiem małżensko-narzeczeńskim.
Po chwili śmiechu wybraliśmy jednak pierwszy wariant. Podsumowując drugi dzień był bardzo udany, pogoda była znakomita,
bezwietrznie i naprawdę bardzo ciepło, przejechaliśmy około 64 km z naszą standardową średnią 13 km/h.
Ranek obudził nas zachmurzonym niebem i leciutkim deszczem. Po szybkim pakowaniu podążyliśmy drogą wśród
pól rzepaku przez Bzów i Żerkowice do Skarżyc.
Po drodze minęliśmy jedną z najbardziej znanych skał w Jurze
czyli Okiennik Wielki. Stamtąd już był tylko krok do Skarżyc gdzie zrobiliśmy krótką przerwę podczas której
podziwialiśmy kościół Świętej Trójcy. Ze Skrażyc w dalszym ciągu nieśmiertelnym czerwonym rowerowym podążyliśmy
w kierunku zamku w Morsku. Droga do zamku jest bardzo dobra, twarda, szutrowa, jak marzenie rowerzysty:-).
W Morsku tym razem to ja latałem wokół zamku (wejście do samego zamku niestety jest niemożliwe), a Janusz
odpoczywał gdyż jak sam stwierdził zna ten teren jak własną kieszeń. Z Morska droga prowadziła w dół, tym razem
jednak była dość mocno piaszczysta z licznymi uskokami (mini skarpami) I właśnie na jednym z takich uskoków Janusz
zaliczył klasyczne OTB, czego ja oczywiście nie mogłem przepuścić cykając w odpowiednim momencie fotkę:-).
Tak dotarliśmy do Podlesic, głównej bazy wypadowej skałkowców. Faktycznie sporo ludzi z plecakami zwojami lin szło w kierunku
G.Zborów co mogliśmy obserwować posilając się w tym czasie przy pobliskim sklepie spożywczym. Z Podlesic (nie wspomnę którym
szlakiem bo i tak jest to oczywiste) pojechaliśmy dalej mijając G.Zborów z prawej strony. W okolicach torów kolejowych
wyskoczyliśmy na asfalt i przez Młynów oraz Zdów dotarliśmy do Bobolic. Tam oczywiście nastąpiło zwiedzanie prawie już
odrestaurowanego zamku, choć zwiedzanie to raczej dużo powiedziane. Ot wszedłem raptem na pierwszy dziedziniec i koniec.
Cyknąłem kilka fotek i z wieży wyszedł pan, który stwierdził, że musi zamykać po czym delikatnie mnie wygonił.
Ponieważ znudziło mi się jeżdżenie po twardych drogach, namówiłem Janusza aby do Mirowa uderzyć czerwonym szlakiem pieszym.
No cóż na rowerach z sakwami wybór tego szlaku nie był mądrą rzeczą, bo więcej go niosłem niż jechałem.
W końcu zniechęceni zjechaliśmy ze szlaku na dół i w miarę wygodną ścieżka dotarliśmy do ruin w Mirowie.
Ponieważ czas nas gonił, a zarówno ja jak i Janusz byliśmy już wielokrotnie w tym miejscu,
zrobiliśmy krótką sesję fotograficzną po czym pognaliśmy w kierunku Niegowej. Stamtąd przez Moczydło kierowaliśmy się w
kierunku ruin strażnicy w Przewodziszowicach. Niestety mimo naszych chęci i zmianie szlaku na niebieski, nie udało nam
się jej odnaleźć. Nie zrażeni skierowaliśmy się w kierunku Ostrężnika. Droga do niego niestety jest totalnie piaszczysta,
na szczęście rowerzyści rzadko pchają się prosto w piach wyznaczając tym samym ładne singielki obok istniejącej drogi.
W Ostrężniku postanowiliśmy trochę odsapnąć w pobliskim barze i namówieni przez właściciela spróbowaliśmy specjalności
baru czyli pstrąga smażonego cyt. "nie na oleju". Pstrąg okazał się bardzo smaczny, a przy okazji właściciel poradził
nam abyśmy pojechali z Ostrężnika do Złotego Potoku (wcześniej planowaliśmy zgodnie ze szlakiem rowerowym ominąć Złoty Potok)
bo prowadzi do niego bardzo fajna ścieżka rowerowa.
I faktycznie ta kilkukilometrowa ścieżka okazała się znakomitym pomysłem
i przejechaliśmy ją błyskawicznie. Szkoda tylko, że kilkukrotnie przecina drogę 793 ale i tak warto z niej skorzystać.
Ze Złotego Potoku niebieskim (i czerwonym) pieszym dotarliśmy do Zrębic gdzie ponownie wjechaliśmy na nasz ulubiony
czerwony rowerowy.
Stamtąd przez Ciecierzyn i Przymiłowice - Kotysów dotarliśmy już do ostatnich ruin naszej wycieczki
czyli zamku w Olsztynie. Tam jednak spędziliśmy tylko krótką chwilę, gdyż nieubłagany czas jak również dzikie tłumy
skutecznie przypominały nam o konieczności opuszczenia tego miejsca. Z Olsztyna w całkiem niezłym tempie (25-30km/h)
dotarliśmy przez Kusięta do końca naszej wycieczki czyli Częstochowy. Tam już ulicami miasta dojechaliśmy do McDonalda
gdzie czekał kumpel z samochodem aby zabrać nas do Warszawy, dzień zakończyliśmy wynikiem ponad 91 km ze średnią 15 km/h
(pewnie największy wpływ na średnią miał odcinek Olsztyn-Częstochowa)
Wycieczka była trudna ale wspaniała. Tereny przez które przejechaliśmy znałem tylko z wycieczek pieszych i to też bardziej okolice na północ od Podzamcza. Oznakowanie szlaków zarówno w dolinkach jak i w Jurze jest bardzo dobre. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć przypadki w których zastanawialiśmy się na kierunkiem. Co do jurajskiego szlaku rowerowego to nie jest on jednak taki łatwy. Patrzyłem na niego głównie z uwagi na planowaną wycieczkę z moim 7 letnim synkiem i musze stwierdzić, że to jeszcze za wcześnie. Łącznie przejechaliśmy ponad 215 km, pogoda dopisywała w 100 % i co najważniejsze obyło się bez jakichkolwiek kontuzji i awarii sprzętu. Mapa z której korzystałem to Jura Krakowsko-Częstochowska wyd. VIII 2008 wydawnictwa Compass