Mazury

Wstęp

Już po pierwszej wycieczce (Czersk) nabraliśmy z Łysym ochoty na kilkudniowy wyjazd rowerowy. Niestety na realizację musieliśmy poczekać rok, ale warto było. Z uwagi na duży zapas czasu można było dokładnie zaplanować trasę. Wybór padł na Mazury i Suwalszczyznę. Planowaliśmy rozpocząć podróż od Rucianego i jadąc na północ poprzez Wielkie Jeziora Mazurskie dotrzeć do Węgorzewa. Stamtąd poprzez Puszczę Romnicką dotrzeć przez Stańczyki i Smolniki nad Wigry, a jak czas pozwoli zakończyć wyprawę w okolicach Augustowa. Niestety plany swoją drogą, a życie swoją......

Dzień pierwszy (Dylewo-Wiartel 65 km)

  • Mapa
  • Galeria
  • Godz. 6:00 spotkanie na osiedlu u Łysego, zapakowanie rowerów na samochód i pamiątkowe pierwsze zdjęcie. W planach było dotarcie do Rucianego samochodem, a później zacząć pedałowanie. Niestety z powodu awarii musieliśmy rozpocząć wycieczkę od Dylewa (13 km-ów za Ostrołęką w stronę Myszyńca), zostawiając samochód u mechanika, a nie od Rucianego (tak jak wcześniej planowaliśmy). Tak więc już na wstępie byliśmy około 70 km-ów do tyłu. U mechanika szybki przegląd trasy i wybór padł na jazdę przez Kadzidło, następnie Łyse, Zalas, Karpa i docieramy w ten sposób do Puszczy Piskiej. Niestety wraz z nastaniem puszczy kończy się dobry asfalt, a zaczyna coś tak totalnie połatanego że strach. Dalsza droga wiodła przez Turośl do Wiartla. Tam spędziliśmy nocleg w okropnym domku na działce płacąc 27 PLN-ów.

    Podsumowując dzień wyszło 65 km-ów. Wyjazd z Dylewa o 13:00 przyjazd do Wiartla około 19:00. tempo spokojne, to pierwszy dzień no i trochę ciepło było.

    Dzień drugi (Wiartel-Owczarnia 80 km)

  • Mapa
  • Galeria
  • Wreszcie zaczyna się prawdziwa przygoda:-)) Z Wiartla szybciutko do Rucianego mijając po drodze kawałek trasy ze slynnej mazurskiej kostki (oj później dam nam jeszcze popalić). Ruciane jak Ruciane, rzut oka na pierwsze żagle i w drogę na śluzę Guzianka. Tam trochę czasu na fotki podczas otwierania i zamykania śluzy i dalej przez Wejsuny do Popielna (a dokładniej do Wierzby). Niestety w dalszym ciągu asfalt fatalny, strasznie połatany (oj będą dni kiedy zatęsknię za nim), później odpoczynek czekając na prom i już jesteśmy na lewym brzegu Bełdan. Od razu zaczyna się podjazd z masakrycznym piachem, gdzieś po 2 km skręcam zgodnie ze znakami szlaku czerwonego (albo zielonego-nie pamiętam:-). Szlakiem tym dojeżdżamy do rogatek Mikołajek,(bardzo ładna panorama) i po równym asfalciku wiuu w dół do centrum. Tam tylko odwiedzamy aptekę i ponownie jedziemy w kierunku osławionego hotelu gołębiewski (brr ależ to brzydactwo). Za gołębiewskim skręcamy w prawo na Stare Sady. Parę kilometrów ładnego asfaltu no i zaczyna się żwirówka.

    Znajdujemy miejsce do opalania i kąpieli nad jez. Tałty i leniuchujemy około 2 h. Gdzieś koło 15-16:00 daję sygnał do wyjazdu. Wcześniej oczywiście zaopatrujemy się w duże ilości pitnej wody:-))Niestety za chwilę żwirówka zmieniła się w drogę pustynną (czyt. bardzo bardzo piaszczystą). Ale dajemy ile pary w nogach bo owady (gzy, bąki i inne paskudztwa) nie dają nam wytchnąć, wreszcie przed samym Nemtystem zaczyna się asfalt, robimy krótką przerwę i za chwilę jesteśmy w Rynie, tam mała przekąska w tawernie (mega duże zapiekanki mniam mniam), rzut oka na mapę i decyzja jedziemy jak najbliżej Gierłoży, parę sms-ów do kumpli z prośbą o znalezienie lokum w Parczu. Spojrzenie na zegarek oj już 18:00, jedziemy. Niestety gdy się człowiek spieszy to się diabeł cieszy. Dosłownie 300 metrów przed tabliczką Nakomiady, kumplowi wybucha opona.

    Huk taki, że dwie kobiety niosące mleko w bankach - upuszczają je i żegnają się dwa razy :-)). Niestety opona uległa rozerwaniu dosłownie na 1/4 obreczy:-(( Szybka decyzja, przerzucamy sakwy kumpla na moją ramę i z buta do Nakomiad (licznik na razie pokazuje 71 km-ów). Niestety w/w wieś jest typowo nie turystyczna, dosłownie zero możliwości przenocowania, byliśmy również u księdza i sołtysa, niestety nikt nie umiał/nie chciał pomóc. Próbujemy się dopytać o jakąś zużytą oponę do górala (rozmiar standardowy 26 cali), ale również i ten plan spala na panewce. Jeden z przemiłych panów spod budki z piwem pokazuje nam odległe dachy zabudowań (na oko patrząc jakieś 4-5 km-ów w linii prostej) i mówi, że tam Owczarania i tam na pewno mają noclegi. Dalej radzi abyśmy poszli asfaltówka i po dojściu do lasu skręcili w prawo (razem będzie coś koło 6-7 km).

    Rad nie rad zabieramy się z tej niegościnnej miejscowości i idziemy. oczywiście wpadamy na najgłupszy pomysł na świecie czyli droga na skróty/przełaj. Z początku idzie dobrze, polna droga, później droga zamienia się w łąkę. Łąka zamienia się w regularne rżysko, ale nic idziemy dalej. Cały czas chcemy dotrzeć do skraju lasu aby później dotrzeć do tej cholernej Owczarni. Niestety jakieś 50-100 metrów przed skrajem zastępują nam drogę dzikie chaszcze wysokie na 2-2,5 metra, składające sie głównie z pokrzyw, ostów itp.. Chaszcze te o dziwo ciągną się cały czas wzdłuż lasu (zero ścieżki przesieki czegokolwiek) Niestety nie mamy maczety wiec powolutku zataczając wielki luk wracamy do asfaltowki, która juz grzecznie idziemy i skręcamy przez las do Owczarni. Dochodzimy do miejscowości (właściwie trzy domki na krzyż, razem z muzeum ziemi mazurskiej) Wynajmujemy domek u miłego gościa. Liczniki wskazują 80 km-ów stąd wniosek ze z buta szliśmy 9 km-ów:-)) Uff ciężko było.

    Dzień trzeci (Owczarnia-Ogonki 55 km)

  • Mapa
  • Galeria
  • Rano pobudka, w planach kumpel ma zamiar wziąć mój rower i podjechać do Kętrzyna po opone . O 9:00 jakiś samochód zatrzymuje się przed domkiem, okazuje się ze to właściciel i zapraszam do samochodu, twierdząc ze i tak nie ma co innego do roboty. Zawozi kumpla do Kętrzyna i z powrotem, na koniec dodając "Trza se pomagać co nie" :-)) Ech żyć nie umierać z takimi ludźmi. Ps. Bardzo polecamy domek w Owczarni w sumie cena jest troszkę odstraszająca - 40zl ale warto [wypas począwszy od bardzo dużej powierzchni bo kilka łazienek i pokoi, ciepła woda, TV SAT, kominek, lodówka, zmywarka mógłbym jeszcze wymieniać - MAX jest !!! ] Szybka zmiana opony i o 11:30 możemy startować .

    Dzisiaj w planach dzień typowo do zwiedzania (czyt. mało rowerowy :-)).Na pierwszy ogień idzie "Wilczy Szaniec". Obskakujemy go w 1 h, jakoś tak nie bardzo nam się to podoba, za bardzo skomercjalizowany i te tabliczki wszędzie "nie wchodzić" itp.. Następnie kierujemy się do Mamerek. Kilka miesięcy temu pytałem o drogę na preclu, i uzyskałem info ze kostka brukowa zaczyna się gdzieś tak od skrzyżowania w Kamionkach. Niestety jest dużo gorzej bo zaczyna się praktycznie 500 metrów za Radziejami:-(( echh nie będę opisywał jaka to jazda. Ten kto jechał to wie, ten kto nie jechał niech nie jedzie:-))

    No i docieramy do Mamerek, kilka bunkrów (byłem tam juz wcześniej zanim je skomercjalizowali), nie warto wchodzić na wieże widokowa bo i tak jezioro Mamry za drzewami. Następny cel śluza w Leśniewie, docieramy na parking, tam po 1 PLN płacimy za przypilnowanie rowerów no i w las. Śluza ta składa się z dwóch obiektów, Leśniewo górne (śluza ukończona w 70 %) oraz Leśniewo dolne (ukończona w 40 %). Faktycznie ta pierwsza robi wrażenie, ogrom betonu no i hitlerowska wrona, nieźle nieźle. Druga śluza ledwo co wystaje z wody i można ja sobie darować (choć to raczej trudne bo znajduje się przy samym parkingu, do tej większej trzeba dojść około 400 metrów, można również dojechać z mamerek zielonym szlakiem). Później jedziemy przez Trygort do Węgorzewa, (wesołe miasteczko:-)), Od razu na wstępie zasypuje nas obelgami podpita kobiecina wiek na oko 40 lat, z twarzy wygląda na 70:-)). W Węgorzewie dopompowujemy kolka na stacji bodajże Orlenu i w drogę w kierunku Pozezdrza. Niestety para w nogach nam się kończy w Ogonkach.

    Tutaj bierzemy kwaterkę z widokiem na Swięcajty, mmm super, jeszcze po 4-y żywce i lulu:-). Licznik wskazuje (aż niedowierzamy oczami ze tak słabo) tylko 55 km-ow, no cóż jak wspominałem dzień typowo do zwiedzania, a nie jeżdżenia

    Dzien czwarty(Ogonki-Krutyn 90 km)

  • Mapa
  • Galeria
  • Wstajemy z samego rana tj. około 9:00:-)) o 10:00 gotowi i zwarci ruszamy droga krajowa do Pozezdrza zobaczyć jak żyło się w bunkrze Himmlerowi:-)) Bunkier jak bunkier, duży, latarki się przydają, na szczęście bez opłat. Z Pozezdrza jedziemy bocznymi drogami do Giżycka, droga super, cicho spokojnie polecam każdemu (dla ułatwienia Dodoma ze w Pozezdrzu skręcamy w prawo na Sztynort i później po około 1 km skręcamy na Gizycko). W Giżycku krążymy trochę jak wolne elektrony po porcie, no i obowiązkowy punkt programu czyli Twierdza Boyen. Fajne muzeum, wjazd cos kolo 5 PLN-ow. Później gnamy na zamkniecie mostu obrotowego. Ciekawostka jest to ze cale obracanie mostu odbywa się za pomocą siły rak miłego pana. Z Giżycka wyjeżdżamy główną droga na Kętrzyn, aby za chwile odbić na Mikołajki przez Szymonke.

    W międzyczasie mała kąpiel na cyplu z którego świetnie widać położone na drugim brzegu Rydzewo (miejsce dość trudne do znalezienia, z głównej drogi jest drogowskaz w lewo "Pole namiotowe" czy cos takiego). Asfalt jak zwykle fatalny. Modlimy się o dwie rzeczy, po pierwsze aby asfalt nie zamienił się w kostkę (uff nic takiego się nie stało) oraz aby ostatnie kilometry do Mikołajek były po równiutkim asfalcie (niestety równy asfalt zaczął się jakieś 2-3 km przed Mikołajkami, a wcześniej był gorszy niż na drodze drugorzednej).A wiec drugi raz w Mikołajkach, tak jak i za pierwszym razem nie zamierzaliśmy długo spędzić tu czasu, dzikie tłumy, ceny z kosmosu:-))Po drobnym posiłku jedziemy z Mikołajek w stronę Ukty, aby na koniec dnia dotrzeć do Krutynia. Licznik pokazuje 90 km-ow, udany dzień:-))

    Dzien piąty(Krutyn-Dylewo 80 km)

  • Mapa
  • Galeria
  • Jak zwykle rano pobudka (tym razem daliśmy sobie luzu i wstaliśmy o 10:00). Szybkie pakowanie, to juz mamy we krwi i jazda. Na małym postoju kombinujemy jak by tu się ostatni raz wykąpać w mazurskich jeziorach, wybór pada na Karwice. Bardzo przyjemna miejscowość, niezbyt dużo ludzi fajna plaża, jest słońce i cień (od drzew) i przemiła latryna zamknięta na kłódkę z wywieszona kartka cyt. "KIBEL ZAMKNIĘTY, ZASRANY NA MAXA". Ech maja poczucie humoru na Mazurach:-)) Z Karwicy droga juz prosta przez Puszcze Piska (cały czas fatalny asfalt, zaczynamy tęsknić za kostka:-)), aż do Karpy i droga powrotna po naprawiony samochód do Dylewa (patrz dzień pierwszy). Licznik pokazał 80 km-ow.A poźniej juz powrót do domu i konczące wyprawę pamiątkowe zdjęcie

    Podsumowanie

    Przejechalismy około 370 km-ow (w tym 9 km-ow z buta:-)) po drogach rożnego rodzaju (fatalny asfalt, piach, kostka, fajny asfalt, niestety tego ostatniego jak na lekarstwo). Wiem, ze to nie jest wiele, ale to była nasza pierwsza wyprawa kilkudniowa i zdobywaliśmy doświadczenie, a poza tym z góry ustaliliśmy ze jest to wyjazd typowo rekreacyjny (tfuu co za słowo). Wyprawa naprawdę udana, Niestety z powodu awarii samochodu musieliśmy odłożyć Suwalszczyznę ...