Już po pierwszej wycieczce (Czersk) nabraliśmy z Łysym ochoty na kilkudniowy wyjazd rowerowy. Niestety na realizację musieliśmy poczekać rok, ale warto było. Z uwagi na duży zapas czasu można było dokładnie zaplanować trasę. Wybór padł na Mazury i Suwalszczyznę. Planowaliśmy rozpocząć podróż od Rucianego i jadąc na północ poprzez Wielkie Jeziora Mazurskie dotrzeć do Węgorzewa. Stamtąd poprzez Puszczę Romnicką dotrzeć przez Stańczyki i Smolniki nad Wigry, a jak czas pozwoli zakończyć wyprawę w okolicach Augustowa. Niestety plany swoją drogą, a życie swoją......
Godz. 6:00 spotkanie na osiedlu u Łysego,
zapakowanie rowerów na samochód i pamiątkowe pierwsze zdjęcie. W planach było dotarcie do Rucianego samochodem, a później zacząć pedałowanie.
Niestety z powodu awarii musieliśmy rozpocząć wycieczkę od Dylewa (13 km-ów
za Ostrołęką w stronę Myszyńca), zostawiając samochód u mechanika, a nie od
Rucianego (tak jak wcześniej planowaliśmy). Tak więc już na wstępie byliśmy
około 70 km-ów do tyłu.
U mechanika szybki przegląd trasy i wybór padł na jazdę przez Kadzidło,
następnie
Łyse, Zalas, Karpa i docieramy w ten sposób do Puszczy Piskiej.
Niestety wraz z nastaniem puszczy kończy się dobry asfalt, a zaczyna coś tak
totalnie połatanego że strach. Dalsza droga wiodła przez Turośl do Wiartla.
Tam spędziliśmy nocleg w okropnym domku na działce płacąc
27 PLN-ów.
Podsumowując dzień wyszło 65 km-ów. Wyjazd z Dylewa o 13:00 przyjazd do Wiartla około 19:00. tempo spokojne, to pierwszy dzień no i trochę ciepło było.
Wreszcie zaczyna się prawdziwa przygoda:-))
Z Wiartla szybciutko do Rucianego mijając po drodze kawałek trasy ze slynnej
mazurskiej kostki (oj później dam nam jeszcze popalić). Ruciane jak Ruciane,
rzut oka na pierwsze żagle i w drogę na śluzę Guzianka.
Tam trochę czasu na fotki podczas otwierania i zamykania śluzy i dalej przez Wejsuny do Popielna
(a dokładniej do Wierzby). Niestety w dalszym ciągu asfalt fatalny,
strasznie połatany (oj będą dni kiedy zatęsknię za nim), później odpoczynek
czekając na prom i już jesteśmy na lewym brzegu Bełdan. Od razu zaczyna się
podjazd z masakrycznym piachem,
gdzieś po 2 km skręcam zgodnie ze znakami
szlaku czerwonego (albo zielonego-nie pamiętam:-). Szlakiem tym dojeżdżamy do
rogatek Mikołajek,(bardzo ładna panorama) i po równym asfalciku wiuu w dół
do centrum. Tam tylko odwiedzamy aptekę i ponownie jedziemy w kierunku
osławionego hotelu gołębiewski (brr ależ to brzydactwo). Za gołębiewskim
skręcamy w prawo na Stare Sady. Parę kilometrów ładnego asfaltu no i zaczyna
się żwirówka.
Znajdujemy miejsce do opalania i kąpieli nad jez. Tałty i
leniuchujemy około 2 h.
Gdzieś koło 15-16:00 daję sygnał do wyjazdu.
Wcześniej oczywiście zaopatrujemy się w duże ilości pitnej wody:-))Niestety
za chwilę żwirówka zmieniła się w drogę pustynną (czyt. bardzo bardzo
piaszczystą).
Ale dajemy ile pary w nogach bo owady (gzy, bąki i inne
paskudztwa) nie dają nam wytchnąć, wreszcie przed samym Nemtystem zaczyna
się asfalt, robimy krótką przerwę i za chwilę jesteśmy w Rynie, tam mała
przekąska w tawernie (mega duże zapiekanki mniam mniam), rzut oka na mapę i
decyzja jedziemy jak najbliżej Gierłoży, parę sms-ów do kumpli z prośbą o
znalezienie lokum w Parczu. Spojrzenie na zegarek oj już 18:00,
jedziemy. Niestety gdy się człowiek spieszy to się diabeł cieszy. Dosłownie 300
metrów przed tabliczką Nakomiady, kumplowi wybucha opona.
Huk taki, że dwie
kobiety niosące mleko w bankach - upuszczają je i żegnają się dwa razy :-)). Niestety
opona uległa rozerwaniu dosłownie na 1/4 obreczy:-(( Szybka decyzja,
przerzucamy sakwy kumpla na moją ramę i z buta do Nakomiad (licznik na razie
pokazuje 71 km-ów).
Niestety w/w wieś jest typowo nie turystyczna, dosłownie
zero możliwości przenocowania, byliśmy również u księdza i sołtysa, niestety
nikt nie umiał/nie chciał pomóc. Próbujemy się dopytać o jakąś zużytą oponę
do górala (rozmiar standardowy 26 cali), ale również i ten plan spala na
panewce. Jeden z przemiłych panów spod budki z piwem pokazuje nam odległe
dachy zabudowań (na oko patrząc jakieś 4-5 km-ów w linii prostej) i mówi, że
tam Owczarania i tam na pewno mają noclegi. Dalej radzi abyśmy poszli
asfaltówka i po dojściu do lasu skręcili w prawo (razem będzie coś koło 6-7
km).
Rad nie rad zabieramy się z tej niegościnnej miejscowości i idziemy.
oczywiście wpadamy na najgłupszy pomysł na świecie czyli droga na
skróty/przełaj. Z początku idzie dobrze, polna droga, później droga zamienia
się w łąkę. Łąka zamienia się w regularne rżysko, ale nic idziemy dalej. Cały
czas chcemy dotrzeć do skraju lasu aby później dotrzeć do tej cholernej
Owczarni.
Niestety jakieś 50-100 metrów przed skrajem zastępują nam drogę
dzikie chaszcze wysokie na 2-2,5 metra, składające sie głównie z pokrzyw,
ostów itp.. Chaszcze te o dziwo ciągną się cały czas wzdłuż lasu (zero
ścieżki przesieki czegokolwiek)
Niestety nie mamy maczety wiec powolutku
zataczając wielki luk wracamy do asfaltowki, która juz grzecznie idziemy i
skręcamy przez las do Owczarni. Dochodzimy do miejscowości (właściwie trzy
domki na krzyż, razem z muzeum ziemi mazurskiej) Wynajmujemy domek u miłego
gościa. Liczniki wskazują 80 km-ów stąd wniosek ze z buta szliśmy 9
km-ów:-)) Uff ciężko było.
Rano pobudka, w planach kumpel ma zamiar wziąć mój rower i podjechać do
Kętrzyna po opone .
O 9:00 jakiś samochód zatrzymuje się przed domkiem,
okazuje się ze to właściciel i zapraszam do samochodu, twierdząc ze i tak
nie ma co innego do roboty.
Zawozi kumpla do Kętrzyna i z powrotem, na
koniec dodając "Trza se pomagać co nie" :-)) Ech żyć nie umierać z takimi
ludźmi. Ps. Bardzo polecamy domek w Owczarni w sumie cena jest troszkę odstraszająca
- 40zl ale warto [wypas począwszy od bardzo dużej powierzchni bo kilka łazienek
i pokoi, ciepła woda, TV SAT, kominek, lodówka, zmywarka mógłbym jeszcze
wymieniać - MAX jest !!! ] Szybka zmiana opony i o 11:30 możemy startować .
Dzisiaj w planach
dzień typowo do zwiedzania (czyt. mało rowerowy :-)).Na pierwszy ogień idzie
"Wilczy Szaniec".
Obskakujemy go w 1 h, jakoś tak nie bardzo nam się to
podoba, za bardzo skomercjalizowany i te tabliczki wszędzie "nie
wchodzić" itp.. Następnie kierujemy się do Mamerek.
Kilka miesięcy temu
pytałem o drogę na preclu, i uzyskałem info ze kostka brukowa zaczyna się
gdzieś tak od skrzyżowania w Kamionkach. Niestety jest dużo gorzej bo
zaczyna się praktycznie 500 metrów za Radziejami:-(( echh nie będę opisywał
jaka to jazda. Ten kto jechał to wie, ten kto nie jechał niech nie
jedzie:-))
No i docieramy do Mamerek, kilka bunkrów (byłem tam juz wcześniej
zanim je skomercjalizowali), nie warto wchodzić na wieże widokowa bo i tak
jezioro Mamry za drzewami. Następny cel śluza w Leśniewie, docieramy na
parking, tam po 1 PLN płacimy za przypilnowanie rowerów no i w las.
Śluza ta
składa się z dwóch obiektów, Leśniewo górne (śluza ukończona w 70 %) oraz
Leśniewo dolne (ukończona w 40 %). Faktycznie ta pierwsza robi wrażenie,
ogrom betonu no i hitlerowska wrona, nieźle nieźle. Druga śluza ledwo co
wystaje z wody i można ja sobie darować
(choć to raczej trudne bo znajduje
się przy samym parkingu, do tej większej trzeba dojść około 400 metrów,
można również dojechać z mamerek zielonym szlakiem).
Później jedziemy przez Trygort do Węgorzewa, (wesołe miasteczko:-)), Od razu
na wstępie zasypuje nas obelgami podpita kobiecina wiek na oko 40 lat, z
twarzy wygląda na 70:-)). W Węgorzewie dopompowujemy kolka na stacji bodajże
Orlenu i w drogę w kierunku Pozezdrza. Niestety para w nogach nam się kończy
w Ogonkach.
Tutaj bierzemy kwaterkę z widokiem na Swięcajty, mmm super, jeszcze po 4-y żywce i lulu:-). Licznik wskazuje (aż niedowierzamy oczami ze tak słabo) tylko 55 km-ow, no cóż jak wspominałem dzień typowo do zwiedzania, a nie jeżdżenia
Wstajemy z samego rana tj. około 9:00:-))
o 10:00 gotowi i zwarci ruszamy
droga krajowa do Pozezdrza zobaczyć jak żyło się w bunkrze
Himmlerowi:-))
Bunkier jak bunkier, duży, latarki się przydają, na szczęście
bez opłat.
Z Pozezdrza jedziemy bocznymi drogami do Giżycka, droga super,
cicho spokojnie polecam każdemu (dla ułatwienia Dodoma ze w Pozezdrzu
skręcamy w prawo na Sztynort i później po około 1 km skręcamy na Gizycko). W
Giżycku krążymy trochę jak wolne elektrony po porcie, no i obowiązkowy punkt
programu czyli Twierdza Boyen.
Fajne muzeum, wjazd cos kolo 5 PLN-ow.
Później gnamy na zamkniecie mostu obrotowego. Ciekawostka jest to ze cale
obracanie mostu odbywa się za pomocą siły rak miłego pana. Z Giżycka
wyjeżdżamy główną droga na Kętrzyn, aby za chwile odbić na Mikołajki przez
Szymonke.
W międzyczasie mała kąpiel na cyplu z którego świetnie widać
położone na drugim brzegu Rydzewo (miejsce dość trudne do znalezienia, z
głównej drogi jest drogowskaz w lewo "Pole namiotowe" czy cos takiego).
Asfalt jak zwykle fatalny.
Modlimy się o dwie rzeczy, po pierwsze aby asfalt
nie zamienił się w kostkę (uff nic takiego się nie stało) oraz aby ostatnie
kilometry do Mikołajek były po równiutkim asfalcie (niestety równy asfalt
zaczął się jakieś 2-3 km przed Mikołajkami, a wcześniej był gorszy niż na
drodze drugorzednej).A wiec drugi raz w Mikołajkach, tak jak i
za pierwszym razem nie zamierzaliśmy długo
spędzić tu czasu, dzikie tłumy, ceny z kosmosu:-))Po
drobnym posiłku jedziemy z Mikołajek w stronę Ukty, aby na koniec dnia
dotrzeć do Krutynia. Licznik pokazuje 90 km-ow, udany dzień:-))
Jak zwykle rano pobudka (tym razem daliśmy sobie luzu i wstaliśmy o 10:00).
Szybkie pakowanie, to juz mamy we krwi i jazda. Na małym postoju kombinujemy
jak by tu się ostatni raz wykąpać w mazurskich jeziorach, wybór pada na
Karwice.
Bardzo przyjemna miejscowość, niezbyt dużo ludzi fajna plaża, jest
słońce i cień (od drzew) i przemiła latryna zamknięta na kłódkę z wywieszona
kartka cyt. "KIBEL ZAMKNIĘTY, ZASRANY NA MAXA". Ech maja poczucie humoru na
Mazurach:-)) Z Karwicy droga juz prosta przez Puszcze Piska (cały czas
fatalny asfalt, zaczynamy tęsknić za kostka:-)), aż do Karpy i droga
powrotna po naprawiony samochód do Dylewa (patrz dzień pierwszy). Licznik
pokazał 80 km-ow.A poźniej juz powrót do domu i konczące wyprawę pamiątkowe zdjęcie
Przejechalismy około 370 km-ow (w tym 9 km-ow z buta:-)) po drogach rożnego rodzaju (fatalny asfalt, piach, kostka, fajny asfalt, niestety tego ostatniego jak na lekarstwo). Wiem, ze to nie jest wiele, ale to była nasza pierwsza wyprawa kilkudniowa i zdobywaliśmy doświadczenie, a poza tym z góry ustaliliśmy ze jest to wyjazd typowo rekreacyjny (tfuu co za słowo). Wyprawa naprawdę udana, Niestety z powodu awarii samochodu musieliśmy odłożyć Suwalszczyznę ...