Wycieczkę wzdłuż północno-wschodnich rubieży Polski planowałem już od dłuższego czasu. Plany jak to plany ulegały zmianie. Początkowo chcieliśmy jechać z Suwałk do Terespola, ale z uwagi na tylko 4 dni wolne (dodatkowo pół dnia zabierał dojazd do Suwałk) postanowiliśmy przejechać trasę Suwałki - Grabarka (a właściwie Siemiatycze - stacja pkp) i tym samym Grabarka stała się głównym celem naszej wyprawy.
Jak zwykle pierwszy dzień rozpoczyna się dość wcześnie czyli około 5:00. Spakowany byłem już poprzedniego dnia więc wystarcza znieść graty i założyć je na rower. Z reguły po takim założeniu robię pamiątkowe zdjęcie i tutaj pierwszy zonk bo aparat odmawia posłuszeństwa. Szybki telefon do Janusza, na szczęście jego aparat działa w miarę bezproblemowo wiec swojego grata zostawiam w domu.
Z Piaseczna pociągiem do Warszawy Zachodniej gdzie spotkam się z Januszem i razem czekamy na pociąg TLK Hańcza relacji Warszawa Zachodnia - Suwałki.
PKP postarało się i na końcu składu czeka na nas wagon dla rowerzystów.
Podróż płynie dość szybko (mimo iż trwała ponad 5 h),
głównie na
rozmowie ze starszym panem, który wraz z rowerem jechał do Sokółki, fotografowaniu widoków z pociągu oraz załatwieniu kwatery na pierwszy nocleg w miejscowości Rudawka.
Planowo czyli o godz. 12:30 pociąg wtacza się na stację Suwałki skąd rozpoczyna się nasza właściwa wyprawa rowerowa. Początkowo drogą krajową nr 8,
a następnie drugorzędną szosą dojeżdżamy do Płociczna. Tam kilka chwil spędzamy w zespole leśnej kolei wąskotorowej fotografując znajdujące się tam wagoniki,
drezyny i parowozy. Po krótkim odpoczynku jedziemy dalej i kolejny przystanek wypada nam w Tobołowie gdzie w przydrożnej knajpce opychamy się sztandarowym
daniem na Suwalszczyźnie czyli kartaczami. Przy knajpce znajduje się miniskansen gdzie dominują militaria i narzędzia rolnicze. Następne przystanki
wypadają kolejno przy śluzach Gorczyca, Paniewo i Mikaszówka, z czego zdecydowanie ta druga jest najbardziej godna polecenia. Ze śluz przez Gruszki docieramy do Rudawki
gdzie mamy ustalony wcześniej nocleg w barze pod Słowikiem. Po rozpakowaniu się, postanawiamy już na pusto zwiedzić śluzę Kurzyniec odległą o niecały
kilometr od kwatery. Śluza ta stanowi ewenement na skalę europejską gdyż granica biegnie dokładnie jej środkiem i stanowi ona jednocześnie wodne
przejście graniczne pomiędzy Polską, a Białorusią.
Niestety wstęp na teren śluzy jest wzbroniony ale spotkany tam celnik po dokładnym wylegitymowaniu
pozwala na zrobienie kilku zdjęć.
Przy okazji informuje, że przejście jest czynne od 1/05 i na razie odprawiło się tamtędy około 40 osób (jeden spływ kajakowy).
Wspomina również, że w planach jest uruchomienie przejścia dla pieszych oraz rowerzystów. Po zwiedzeniu śluzy udajemy się do kwatery gdzie w towarzystwie
kilku miejscowych wypijamy chłodne piwko Łomża.
Podsumowując dzień bardzo udany, przejechaliśmy 62 km ze średnią około 18 km/h. Tereny piękne i urozmaicone, a pogoda zdecydowanie dopisała i nawet przeciwny silny wiatr niezbyt przeszkadzał ponieważ zdecydowana większość trasy prowadziła przez las.
Rano jak zwykle śniadanko i w miarę szybko ruszamy na trasę gdyż etap ten ma być nie dość, że długi to w dość trudnym terenie prowadzącym przez wzgórza sokólskie.
Z Rudawki szybkim tempem, drogą przez las docieramy do Leśnych Bohaterów gdzie stoją krzyże postawione na pamiątkę tolerancji religijnej.
Z Bohaterów odbijamy w stronę granicy aby przyjrzeć się z bliska bunkrom linii Mołotowa. Pierwszy z nich nie był zbyt okazały, jedyny plus, że
można dostać się na jego dach i stamtąd podziwiać rozległą okolicę. Drugi jest zdecydowanie większy i ciekawszy, ale trochę niebezpieczny.
Dla osób chcących go zwiedzić proponuję zabrać latarkę gdyż w korytarzach jest kilka 2 m studni i wpadnięcie do jednej z nich może zakończyć niejedną wycieczkę.
Po zwiedzaniu poprzez Kopczany, Siółko oraz Chorużowce dojeżdżamy do Nowego Dworu. Droga ta wiedzie pięknymi zboczami okolicznych wzgórz i za
Chorużowcami przekracza Biebrzę, która w tym miejscu wygląda jak niewielki strumyk. Przed Nowym Dworem Janusz w końcu może sfotografować to o czym marzył,
a mianowicie domy chłopskie ustawione szczytem do ulicy i połączone z zabudowaniami gospodarczymi. W Nowym Dworze na rynku postanawiamy zrobić krótką przerwę
na małe co nieco.
Oczywiście po chwili podchodzi do nas miejscowy i jak zwykle padają pytania skąd, dokąd, po co itd. Wszelkie tego typu rozmowy są zawsze
bardzo miłe i stanowią swoisty folklor zwłaszcza, że możemy na żywo posłuchać niepowtarzalnego "zaśpiewu" charakterystycznego dla ludzi z terenów północno-wschodniej
Polski. Po odpoczynku ruszamy w kierunku Kuźnicy. Niestety widok nieba przed nami nie sprawia dobrego wrażenia i czuć, że burza wisi w powietrzu.
Na szczęście pierwsze krople dopadają nas w samym mieście, stąd kolejną godzinkę spędzamy pod daszkiem pobliskiego sklepu. Burza jak to burza skończyła się
tak samo szybko jak się zaczęła i możemy ruszyć w dalszą drogę. Z Kuźnicy przez Klimówkę kierujemy się w kierunku Bohonik w celu obejrzenia tamtejszego meczetu.
Przed Bohonikami w Malawiczach Górnych znajduje się wiatrak w całkiem niezłym stanie. Tam tez robimy krótką przerwę. Nie ukrywam - jestem już mocno zmęczony,
jest mi zimno pomimo, że na dworze jest prawie 20 stopni. W podłym nastroju dotaczam się do Bohonik gdzie Janusz urządza krótką sesję fotograficzną przy meczecie
oraz domu pielgrzyma,
a ja regeneruję siły za pomocą czekolady. Z Bohonik planujemy dojechać przez Bobrowniki do Starej Kamionki i tam drogą 674 dotrzeć do Krynek.
W Bobrownikach zupełnie opadam z sił, a nie mając nic do picia i jedzenia postanawiam poprosić jednego z gospodarzy o wodę. Tam się dowiaduję, że na końcu wsi
jest obwoźny sklep i po zakupach pałaszuję dwa pączki i dwa batony.
Po dojechaniu do krzyżówki z drogą 674 zauważamy ciężkie chmury ze strony wschodniej i postanawiamy (a właściwie ja postanawiam gdyż kryzys mnie w dalszym ciągu nie opuszcza) przeczekać ewentualny deszcz na pobliskim przystanku. Podczas burzy, która o dziwo wcale nie chciała szybko minąć (trwała około 1,5 h) zaczynamy kombinować jak dostać się do Krynek. Janusz wpada na pomysł rozbicia namiotu na pobliskim polu ale widząc moje wielkie oczy szybko zmienia decyzję. Okazuje się, że za kilkanaście minut podjedzie autobus i po przebłaganiu kierowcy udaje nam się nim zabrać. W Krynkach po burzy, a także po kryzysie śladu już nie ma i ostatnie 12 km do Kruszynian przejeżdżamy w szybkim tempie. Tam u rodziny tatarskiej państwa Bogdanowiczów korzystamy z gościny przy okazji zapoznając się z historią, kulturą i kuchnią tatarską. Wokoło domu teren rozkopany ale i tak piękny. Na podwórzu stoją dwie jurty mongolskie. W drewnianym pięknym domu, w środku, w dużej sali na ścianach widzimy zdjęcia Tatarów, stroje ludowe, buńczuki. Po rozpakowaniu się i ciepłym posiłku idziemy jeszcze z Januszem na mały rekonesans, a później spędzamy wieczór na oglądaniu filmu o historii Tatarów na tutejszych ziemiach.
Podsumowując dzień był bardzo ciężki - przynajmniej dla mnie, bo Janusz kolejne górki zdobywał niczym kolarz Giro di Italia - głównie z uwagi na liczne wzgórza (praktycznie cały dzień przejeżdżaliśmy przez tereny wzgórz sokólskich) oraz lekkie załamania pogody. Przejechaliśmy 87 km ze średnią około 16 km/h gdzie głównie ja byłem winowajcą słabej średniej.
Ponieważ poprzedni dzień był bardzo męczącą oraz śniadanie u naszych gospodarzy rozpoczynało się o 9:00 dajemy trochę na luz i na trasę ruszamy o
godz. 10:30. Wcześniej zwiedzamy przepiękny meczet oraz mizar położony w Kruszynianach.
W meczcie przemiły przewodnik opowiada nam historie Tatarów na
tych ziemiach. Jedyne co trochę przeszkadza to pewny automatyzm, który można wyczuć w jego głosie. Meczet udostępniony jest do zwiedzania w godz. 9:00-17:00 i
opłata wynosi 4 PLN. Wstęp do mizaru (położony około 200 m od meczetu) jest bezpłatny i również tam warto zajrzeć gdyż jest to jeden z nielicznych cmentarzy
muzułmańskich w Polsce.
Po zwiedzaniu jedziemy przez Łużany, Bobrowniki, Świsłoczany, Mostowlany do Jałówki. Trasa ta opisywana w wielu przewodnikach m.in. Polsce Egzotycznej
jest przepiękna. Poruszamy się głównie w miarę równymi szutrówkami, przez ciche wsie położone w dolinie Świsłoczy. Pierwszy dłuższy przystanek robimy w
miejscowości Mostowlany gdzie w przepięknym miejscu nad rzeką znajdują się słupy graniczne polskie i białoruskie. W miejscowości tej warta do zwiedzenia
jest również piękna cerkiew św. Apostoła Jana Teologa położona na pobliskim wzgórzu. W Jałówce postanawiamy skrócić trochę drogę i pojechać groblą wzdłuż
nasypu kolejowego przecinającego zalew Siemianówka.
Niestety będąc na grobli po ujechaniu około 2 km zatrzymuje nas patrol straży granicznej. Witają nas
zagadkowym pytaniem - a dokąd to zmierzamy? Uprzejmie odpowiadamy, że torami przez zbiornik wodny do Siemianówki i dalej do Białowieży. Okazuje się, że
przepisy graniczne zakazują poruszania tym szlakiem. Żołnierz waha się ale ostatecznie usztywnia stanowisko. Musimy zawrócić.
Przez Szymki i Rybaki docieramy do tamy tworzącej zalew. Na drodze tej po raz pierwszy (i ostatni) jesteśmy zmuszeni do skorzystania z gps-u, który przezornie
zabrałem, bo po zjechaniu z drogi za Bachurami wylądowaliśmy w środku lasu i żadna droga nie wyglądała na właściwą. Na szczęście udaje nam się zlokalizować naszą
pozycję i w miarę bezproblemowo docieramy do tamy. Przed wjazdem na tamę jest znak zakaz wjazdu ale miejscowy rowerzysta twierdzi, że na rowerach możemy spokojnie
przejechać co tez robimy. Przy okazji wykonujemy kilka fotek i pędzimy dalej w kierunku Narewki.
Tam przed Domem Kultury spotykamy
przesympatyczne panie, które właśnie
szykują się na wyjazd do Warszawy promować turystykę na Podlasiu. Rozdają nam foldery z noclegami, pokazują gdzie możemy zjeść obiad. Dzwonią natychmiast do restauracji
uprzedzając nasz przyjazd. Znowu sprzyja nam szczęście, ledwo dojeżdżamy, a już czujemy pierwsze krople zbliżającej się burzy. Za chwilę leje jak z cebra.
W restauracji czeka już dziewczyna i wita nas....raczej ozięble. Dotychczas nie spotykane powitanie. Powoli jednak kruszeją lody.
W restauracji jest zimno. Jemy więc na tarasie. Janusz pierogi, ja zaś karkówkę z cebulką. Ustalamy dalszy plan działania, a mianowicie załatwienie kwatery na
najbliższą noc najlepiej w Białowieży. Jest jednak piątek, początek weekendu. Wszystkie miejsca zarezerwowane. Poza tym nie jesteśmy atrakcyjnymi gośćmi bo chcemy
przenocować tylko jedną noc. Stąd postanawiamy dać szansę innym miejscowościom i to okazuje się strzałem w 10 -tkę, bo już przy drugiej próbie załatwiamy nocleg w
Teremiskach - miejscowości położonej o około 5 km od Białowieży.
Jedzonko i ustalenie kwatery zajęło nam około 1h. Oczywiście w tym czasie burza przechodzi i ruszamy dalej szlakiem bocianim przez puszczę Białowieską. Niestety
ledwo zanurzamy się w las szczęście nas opuszcza i ponownie pada. Mając na uwadze fakt, że do kwatery jest ledwo 20 km jedziemy dalej. Szlak ten wiedzie droga szutrową
niestety bardzo nierówną stąd po dojechaniu do kwatery jesteśmy całkiem nieźle ubłoceni. Zwłaszcza ja, bo jazda na rowerze bez błotników w taką pogodę niestety z
reguły tak się kończy. W międzyczasie deszcz przestaje padać i przed dojechaniem do Teremisek zwiedzamy jeszcze ścieżkę edukacyjna "Szlak dębów" w Starej Białowieży.
Podsumowując przejechaliśmy 88 km ze średnia 17,5 km/h. Większość trasy wiodła dobrymi drogami, niestety końcówka przez puszczę była rozczarowująca z uwagi na jakość nawierzchni. Na szczęście po wczorajszym kryzysie nie został żaden ślad stąd nawet wątpliwa jakość tej drogi oraz deszcz nie przeszkadzały tak bardzo podczas jazdy.
Rano pobudka, a ponieważ plan napięty (pociąg z Siemiatycz mamy o 16:39, następny dopiero o 19:30)
wyjeżdżamy po 8:00 rano w kierunku Topiła.
Tam krótka przerwa na zdjęcia pozostałości po kolejce wąskotorowej. Z Topiła przez Witowo i Policzną docieramy do Kleszczeli. Droga jest idealna dla
rowerzystów, brak samochodów oraz świeżo położony asfalt. Asfalt kończy się raptem 2 km przed Kleszczelami i do centrum miasta dojeżdżamy brukowaną ulicą.
W Kleszczelach znajduje się piękna cerkiew z charakterystycznym dachem pomalowanym na niebiesko.
W dalszą drogę do Grabarki ruszamy szosą nr 693. Na 10 kilometrze od Kleszczeli robimy krótką przerwę regeneracyjna gdyż zarówno ja jak i
Janusz odczuwamy spore zmęczenie. Ten odpoczynek jest chyba przełomowy bo dalsza droga przebiega bezproblemowo. W okolicach Nurzec-Stacja zaczynamy
kombinować jak zjeść ostatni ciepły posiłek przed pociągiem i wybór pada na przydrożny bar w Żerczycach. Menu w takich lokalach jest standardowe
(fasolka, hamburger, frytki, zapiekanka) i z reguły niskiej jakości stąd zamawiamy po herbacie i zapiekance oraz dodatkowo ja zmawiam jeszcze porcję
frytek.
Wybór zapiekanek nie jest bez powodu bo trudno zepsuć tą jakże skomplikowaną potrawę. Niestety w tym lokalu to się udaje. Tak obrzydliwej buły
w życiu nie jadłem i mam nadzieje, że nie będę jadł. Na szczęście frytki i herbata były na przyzwoitym poziomie stąd w miarę dobrych humorach ruszamy w
dalszą drogę. Kolejnym przystankiem ma być już święta góra Grabarka i tak się też dzieje. Po przejechaniu ponad 320 km docieramy do celu podróży.
Rowery zostawiamy pod czujnym okiem miejscowego sprzedawcy pamiątek i idziemy zwiedzać. Pierwszy raz jestem w tym miejscu i nie ukrywam, że robi na
mnie wielkie wrażenie. Przepiękna cerkiew na wzgórzu oraz las krzyży (według najnowszych danych jest ich już ponad 10 tys.) tworzy niepowtarzalny
klimat zadumy i spokoju. Naprawdę warto było tam przyjechać. Po zwiedzaniu i zakupie postanawiamy ruszyć dalej. Początkowo nalegam aby wrócić do stacji
PKP Sycze, ale po namowach Janusza oraz sprzedawcy pamiątek jedziemy doliną Moszczony do Szerszeni i tam po skręcie w prawo docieramy do stacji PKP
Siemiatycze. Droga ta jest bardzo malownicza i jest przysłowiową wisienką całej podróży.
Prowadzi praktycznie cały czas w dół z lekkimi zakrętami,
odsłania coraz to bardziej piękne tereny. Aż żal, że raptem po 5 km musimy z niej zjechać ale z reguły wszystko co dobre szybko się kończy.
Po dotarciu do stacji okazuje się, że mamy jeszcze ponad 1 h do przyjazdu pociągu relacji Hajnówka-Siedlce, stąd Janusz jedzie do sklepu w celu zaopatrzenia
się na podróż w standardowy zestaw: kiełbasa, musztarda i piwo. W pociągu, a właściwie szynobusie czas szybko mija i po 1 h byliśmy już w Siedlcach.
Tam szybka przesiadka do pociągu relacji Siedlce - Warszawa Zach. i tym już składem docieramy do W-wy.
Wycieczka bardzo udana choć ciężka, tereny zwłaszcza pomiędzy Dąbrową Białostocką, a Sokółką obfitują w liczne zjazdy i podjazdy. Pogoda również trochę w kratkę ale jak się okazało była o niebo lepsza niż przez ten okres w Warszawie. Praktycznie wszyscy ludzie, których spotykaliśmy na trasie byli bardzo życzliwi i chętni do udzielania pomocy, Janusz całą wycieczkę określił, "Przez Krainę Łagodności" i to chyba najlepiej oddaje urok tych okolic. Łącznie przejechaliśmy około 330 km i jak to zwykle bywa dzień po wyprawie już zaczynam myśleć o kolejnej.