• Mapa (0,9 MB)
  • Galeria
  • Puszcza Świętokrzyska

    Od dawna chodziło mi po głowie pojechanie rowerem w jakieś góry/pagórki, a ponieważ mam rodzinkę w Ilzy postanowiłem w sierpniowa sobotę przejechać odcinek z Kielc do Ilzy, zahaczając o pasmo Masłowskie oraz gore miejska pod Bodzentynem.

    Do Kielc z Piaseczna dotarłem pociągiem pośpiesznym relacji Hel-Krakow Płaszów. PKP milo zaskoczyło, bo w ostatnim wagonie znalazł się mały przedział dla rowerów, mimo iż w rozkładzie jazdy nic tego nie zapowiadało. To nic, ze pewni młodzi ludzie rozłożyli się na podłodze, wagon był i można było spokojnie powiesić rowerek na hakach. Po 3h dotarłem do Kielc gdzie na dworcu zaopatrzyłem się w picie i jedzonko (pyszne drożdżówki z budyniem:-). Z dworca ulicami IX wieków KIELC oraz Warszawską dotarłem do al. Tysiąclecia Państwa Polskiego, która po pewnym czasie zmienia nazwę na Domaszowską. Ulicą tą chciałem dotrzeć do szlaku żółtego, który miał mnie zaprowadzić do szlaku czerwonego w okolicach Domaniowki. Niestety przeoczyłem moment skrętu w lewo i asfaltem pojechałem przez Starą Wieś i Wole Kopcową do Maslowa Pierwszego. Tam całkiem sporym podjazdem podjechałem pod Klonówkę, pamiętając o ostrzeżeniach z listy dyskusyjnej pl.rec.rowery, aby na samej górze odbić w prawo zgodnie ze znakami szlaku czerwonego. Pierwszy podjazd na trasie i juz całkiem nieźle mnie wymęczył. Niestety z powodu mgły wysiłek nie był wynagrodzony widokami. Zjeżdżając z Klonówki ponownie zgubiłem szlak i w jakiś sposób skrótem ominąłem Diabelski Kamień, wyjeżdżając na Dąbrówkę. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż oznaczenie szlaku zostawia wiele do życzenia.

    Z Dąbrówki tym razem zjeżdżając mimo ostrzeżeń na w/w liście nie skręciłem w dobrym miejscu w prawo i wyjechałem przy ośrodkach wypoczynkowych. Za bardzo nie zmartwiłem się, bo zjazd odbył się po części drogą asfaltową. Niestety przy pierwszej części zjazdu rozwaliła mi się sakwa na kierownicy (puściła jedna z 4 śrub, którą przymocowany jest uchwyt do click-fixu). Z tego powodu jak również z powodu kiepskiej widoczności podarowałem sobie wjazd na Radostowę i asfaltem przez Ciekowy i Wilków dotarłem do Św. Katarzyny. Tam skusiłem się na hamburgera i mega zapiekankę. Ze Św. Katarzyny pojechałem niebieskim szlakiem do Bodzentyna. Szlak ten jest bezpłatny i przemiły pan bez problemu wpuścił mnie z rowerem. Niestety szlak ten jest dość mocno poprzecinany wąskimi, ale głębokimi rowkami po strumyczkach oraz mostkami, które w 90 % nadają się tylko do rozbiórki, a na pewno do generalnego remontu. I właśnie na jednym z takich rowków zaliczyłem klasyczne OTB (od ostatniego minęło chyba 2 lata:-))W pewnym momencie szlak wychodzi na piękną polankę (gdzieś w okolicy Modrzewiny Zielińskiego) i tam postanowiłem sobie zrobić krotką przerwę przed podjazdem na miejską gore. Jeszcze przed górą zgubiłem ponownie szlak, który w pewnym momencie musiał odchodzić w prawo, a ja pojechałem prosto, ale gdzieś w połowie podjazdu (akurat przed najostrzejszą częścią) ponownie dołączyłem do niebieskiego i wdrapałem się na szczyt. Faktycznie sama końcówka podjazdu jest dość stroma i na szczycie musiałem chwilkę odsapnąć. Niestety szczyt jest zalesiony stąd mimo zniknięcia mgły widoki były mierne. Dopiero po częściowy zjechaniu z góry i wyjechaniu z lasu otwiera się piękna panorama na Bodzentyn. W Bodzentynie ponownie chwilka przerwy, tym razem na sesje foto ruin zamku.

    Za radą Sebastiana z pl.rec.rowery, z Bodzentyna pojechałem asfaltem do Tarczka i tam wbiłem się na zielony szlak pieszy, który miał mnie zaprowadzić do Starachowic. Oznaczenie jego początkowo kiepskie, po wjechaniu Sierakowickiego Parku Krajobrazowego zmienia się na wzorcowe. Z Tarczka asfaltem Śniadkę i Trzciankę dotarłem do Radkowic-Kolonii. Pomiędzy Trzcianka, a Sadkowicami droga wiedzie przez bardzo ładny wąwóz i jest całkiem nieźle pod gore. Z Radkowic cały czas trzymając się szlaku zielonego wjechałem do lasu. Sebastian uprzedzał, ze szlak może być zarośnięty i zabłocony i faktycznie taki jest. W pewnym momencie drogę przecina strumień i chyba z powodu nadmiaru wody wylał on na długości 20-30 metrów. Omijając to miejsce straciłem około 20 minut na próby i główkowanie. Dla wybierających się radze od razu przebijać się prawą stroną (jadąc do Starachowic). Mimo blotka i zakrzaczenia szlak wiedzie pięknymi terenami i naprawdę warto tamtędy przejechać. Na kilka kilometrów przed Starachowicami usłyszałem grzmoty nadchodzącej burzy, wiec nacisnąłem mocniej na pedały i pierwsze krople dopadły mnie dopiero przy zalewie Łubianka. Ominąłem jeziorko i w sklepie spożywczym, a właściwie przed nim spędziłem 0,5 h przy wodzie mineralnej rozmawiając z jednym z mieszkańców miasta o wszystkim i niczym. Ponieważ mapa, którą kupiłem obejmowała teren tylko do Lipia zrezygnowałem z jazdy szlakiem żółtym do Ilzy i pojechałem asfaltem przez Mirzec i Jasieniec.

    Podsumowując Przejechałem 80 km, wycieczka trudna, ale bardzo fajna. Był to mój debiut w pagórkach i spodobało się:-) Żałuję, ze z powodu kiepskiej widoczności i awarii sakwy Ominąłem Radostowę, ale na pewno niebawem tam wrócę, tym razem przejeżdżając cale pasmo Masłowskie. Mapa, z ktorej korzystałem to "Góry Świętokrzyskie" wyd. Expressmap Polska skala 1:75000